Faza 1. Ultimatum w salonie i spojrzenie męża potwierdzające wszystko.
„Jutro idziesz do szefa…” – Taisija Pawłowna pochyliła się do przodu, jakby przypieczętowując mój los. „…napisz rezygnację. I to wszystko. Inaczej Staś złoży pozew o rozwód”.
Zamilkłam na chwilę – nie dlatego, że byłam zdezorientowana. Ale dlatego, że usłyszałam w jej głosie siłę, nie zmartwienie. Tak się nie mówi do człowieka, ale do narzędzia, które ci pasuje.
„Stasik” – powiedziałam do męża – „ty też tak myślisz?”.
Stanął pod ścianą, niczym dowód na miejscu zbrodni: pozornie obecny, ale za nic nieodpowiedzialny. A jednak znalazł w sobie siłę, by westchnąć z irytacją.
„Ksiuchu, no… mama ma rację” – mruknął. „Zawsze jesteś zajęta. Kiedy w końcu założymy rodzinę?”. Wygląda na to, że żyjesz dla swojej pracy. »
„Jakbyś żył dla matki” – powiedziałam cicho.
Ktoś w pokoju zachichotał. Ciocia Luba dramatycznie pokręciła głową: „O-o-o”. Wujek Kostia, „biznesmen”, patrzył już na mój telewizor, jakby kalkulował jego cenę.
Taisija Pawłowna uniosła brodę jeszcze wyżej:
— Słyszysz? Mój mąż tak powiedział. Albo odejdziesz, albo się rozwiedziesz. Wybierz.
I wtedy uświadomiłam sobie najważniejsze: nie przyszli „pogadać”. Przyszli, żeby mi to odebrać. Mój czas. Moją pensję. Moje mieszkanie. Moje życie. I zamaskowali to słowem „rodzina”.
Powoli zdjęłam pierścionek z palca, położyłam go na stole i powiedziałam spokojnie:
– Dobrze. Wybieram.
„Mądra dziewczyna” – uśmiechnęła się teściowa, jakby wygrała. „Jutro…”
„Nie jutro” – przerwałam. "Teraz."