Maria spojrzała na niego.
—Chcesz, żebym wyszła?
—Nie. Chcę wpuścić trochę świeżego powietrza.
Uśmiechnęła się po raz pierwszy. Nieśmiały uśmiech, który rozświetlił jej okrągłą i zmęczoną twarz.
Mijały dni, a dom zaczął ożywać. Niewiele, nie spektakularnie, ale wystarczająco, by przypomnieć Ionowi, że człowiek nie umiera, gdy zostaje sam, ale gdy traci nadzieję.
Pewnego ranka zastał Marię podlewającą ogród. Opierała się o wiadro, lekko dysząc, ale kontynuowała.
—Czemu tak się spieszysz? — zapytał.
—Bo… jeśli pracuję, czuję, że jestem coś wart.
Ion poczuł gulę w gardle. Czuł to samo po stracie żony: jakby nic nie była warta. Ale nikomu o tym nie powiedział.
—Mario — powiedział, po raz pierwszy nie nazywając jej „panną” ani „dziewczyną” — nikt cię tu nie ocenia po wyglądzie.
Mrugnęła, zaskoczona.