Faza 7. Ranek po „naradzie rodzinnej” i ostatecznej decyzji.
Stas wrócił dziś rano sam do domu. Bez matki. Jego głos był cichy, wręcz żałosny.
„Ksyu… cofnijmy wszystko. Porozmawiam z mamą”. Posunęła się za daleko.
„Posunąłeś się za daleko” – powiedziałam spokojnie. „Kiedy się zgodziłeś. Kiedy się nie poddałeś. Kiedy uznałeś, że jestem narzędziem”.
Spuścił wzrok:
— Chciałem tylko, żeby to było jak dla wszystkich…
„Dla wszystkich?” Uniosłam brew. „Żona każdego rzuca pracę i słucha poleceń matki?”
Zamilkł.
Podałam mu kopertę.
„Oto pozew rozwodowy. I zawiadomienie o zablokowaniu dostępu do kont. Koniec ze wspólnymi kartami kredytowymi”.
Przez chwilę milczałam.
„I tak, Stasiu”. Nie będę „udowadniać, że jestem kobietą” zupą. Jestem kobietą, bo umiem się bronić.
Drżącymi palcami wziął kopertę.
— Naprawdę… już skończyłaś?
— Zgadza się — odpowiedziałam. — Bo ultimatum to nie miłość. A twoja matka pokazała mi to szczerze. A ty po cichu to potwierdziłaś.