Dokładnie dziewiątego ranka, gdy ciocia Ioana znów przyszła na komisariat, zanim zdążyła się odezwać, komisarz dał jej znak, żeby poczekała. Był bardziej zdenerwowany niż zwykle, a na korytarzu unosiła się dziwna energia — coś pomiędzy napięciem a emocją.
— Pani Ioano… chyba mamy kogoś.
Poczuła, jak ziemia usuwa jej się spod nóg. Ścisnęła plecak obiema rękami i rozejrzała się, niepewna, czy powinna się cieszyć, czy bać.
Do pomieszczenia wszedł mężczyzna około pięćdziesiątki, z czerwonymi oczami i twarzą wychudzoną ze zmęczenia. Miał na sobie znoszoną kurtkę i trzymał w ręku pogniecioną kartkę.
Gdy zobaczył plecak, zamarł.