Na moim ślubie dziadek dał mi starą książeczkę oszczędnościową. Tata ją wyrwał i powiedział: „Ten bank zamknęli w latach 80. Jest zdezorientowany”. Dziadek zmarł wkrótce potem. I tak poszedłem do banku. Kierownik sprawdził dokumenty, spojrzał na mnie i powiedział: „Proszę pana, może pan usiąść…”

Ręce kasjera przestały się poruszać na klawiaturze. Spojrzała na ekran, potem na mnie, a potem znowu na ekran. Jej twarz zbladła.

„Proszę pana” – powiedziała głosem ledwie słyszalnym szeptem – „muszę zadzwonić do mojego menedżera”.

Siedziałem na plastikowym krześle, trzymając w dłoniach zniszczoną książeczkę oszczędnościową dziadka. Tę samą, którą ojciec wyrwał mi pięć lat temu na moim ślubie. Tę samą książeczkę oszczędnościową, z której wszyscy się śmiali, tę samą, którą trzymałem w szufladzie nocnej szafki przez pół dekady, bo nie mogłem się zmusić, żeby wyrzucić ostatni prezent, jaki dał mi dziadek.

„Coś się stało?” zapytałem.