Camille nigdy nie uwierzyłaby, że dzień, który miał powiększyć rodzinę, stanie się dniem, w którym jej życie zostanie podzielone na dwie części, jak szklanka upuszczona i już nigdy nie daje tego samego odbicia. Tego samego ranka, gdyby ktoś zapytał ją, kim jest, odpowiedziałaby bez wahania: żona, siostra, córka, analityczka finansowa, kobieta, która wciąż marzy zostać matką. Do wieczora trzy z tych tożsamości zaczęłyby już się załamywać.
Dzień zaczął się niemal w czułym spokoju. Paryż wahał się między wiosennym światłem a lekkim deszczem. Z kuchni ich mieszkania w siódmym dzielnicy, z widokiem na kwiecisty wewnętrzny dziedziniec i szare dachy wciąż wilgotne po nocy, Camille owinięta białym papierem w jasnoniebieski koc z bawełnianej gazy, ten, który wybrała dla syna siostry. Dodała małą srebrną grzechotkę w kształcie gwiazdy. Przez kilka sekund spojrzała na torbę z prezentem, jakby zawierała coś więcej niż prezent na narodziny. Zawierała w niej wyobrażenie o rodzinie, którą wciąż miała. Ciągłość. Lojalność. O miejscu, które każdy z nich miał we wspólnej historii.
Jego siostra, Inès, właśnie urodziła chłopca na oddziale położniczym szpitala Saint-Martin w Boulogne. Przez miesiące Inès unikała pytań o ojca. Uśmiechnęła się, zmieniła temat, powiedziała, że niektóre rzeczy są prostsze, gdy zostają w ciemności. Camille uszanowała tę ciszę. Zawsze szanowała granice Inès, nawet gdy Inès zaczęła deptać jej własne.
Przed wyjściem jej mąż, Julien, pocałował ją w policzek na korytarzu.
"Chciałbym pójść z tobą, ale mam pilne spotkanie w La Défense."
Camille uśmiechnęła się, bezwiednie szczęśliwa.
"Nie martw się. Dam dziecku buziaka za ciebie.
Poprawił krawat z tym cichym urokiem, który kiedyś ją uspokajał.
"Powiedz Ines, że jestem z niej dumny."
Później to zdanie odbiło się na nim absurdalną siłą. Ale w tym właśnie momencie nie było się czym martwić. Wciąż był częścią znajomego wystroju par, które stoją dumnie.
Kontynuacja na następnej stronie