Szpital Saint-Martin pachniał środkiem dezynfekującym, mocną kawą i już zmęczonymi kwiatami, które goście umieszczali w pokojach. Oddział położniczy był cichszy, niż Camille sobie wyobrażała. Balony w kształcie chmur unosiły się przed niektórymi drzwiami, ojcowie rozmawiali cicho na korytarzu, pielęgniarki przechodziły z dyskretną sprawnością ludzi, którzy codziennie bez przerwy widzą przeplatające się radość i ból.
Camille podeszła do przyjęcia.
"Cześć, idę zobaczyć się z Inès Moreau.
Sekretarka spojrzała na ekran, a potem wskazała na koniec korytarza.
— Pokój 312.
Lekkie stukanie jego obcasów odbijało się echem od woskowanej podłogi. Szła do przodu z tym słodkim uśmiechem, który pojawia się, gdy zaraz spotka się noworodka. Wtedy usłyszała głos. Męski głos, czysty, znajomy, niemożliwy do pomylenia.
Julien.
Jego pierwsza myśl była niemal niewinna. Spotkanie musiało zostać odwołane. Chciał zrobić niespodziankę. Zwalnia, torebka z prezentem lekko ślizga się w jej ręce.
Drzwi do pokoju 312 były uchylone.
Camille nie zamierzała słuchać. Nie zamierzam zdradzić intymności. Ale usłyszała śmiech. Julien's. Swobodny, giętki śmiech, śmiech człowieka, który myśli, że stoi na zdobytym terenie.
"Wciąż wierzy we wszystko, co jej mówię."
Krew spłynęła z twarzy Camille.
"Myśli, że moje spóźnienia to praca. W międzyczasie nadal płaci opłaty. Szczerze mówiąc, do tego jest idealna.
Odpowiedział inny głos, stłumiony, całkowicie rozpoznawalny. O matce.
"Niech będzie użyteczna," powiedziała Veronique, z typową dla siebie łagodnością, tą łagodnością, która zawsze ukrywała jej okrucieństwo. Ty i Inès w końcu zasługujecie na szczęście. A potem Camille nigdy nie udało się dać ci dziecka.
Camille oparła dłoń o ścianę, by się nie chwiać.
Wtedy rozległ się głos Ines, niemal marzycielski, niemal czuły.
"Teraz, gdy dziecko jest na świecie, nie będzie miała zbyt wielkiego wyboru. Będziemy rodziną. Prawdziwy.
Serce Camille biło tak szybko, że miała wrażenie, iż cały korytarz słyszy jej oddech.
Julien kontynuował z odrażającą pewnością:
"On już wygląda jak ja." Nie ma potrzeby testowania. Wszyscy zobaczą, że jesteśmy stworzeni, by być razem.
Jej matka wydała ciche aprobatowe mruknięcie.
"Wszystko się ułoży."
Inès cicho się śmieje.
"Czekałem na ten moment od miesięcy. Nie mogę się już dłużej ukrywać.
Słowa nie wydawały się prawdziwe. Wyglądało na to, że zostały napisane przez kogoś innego, dla kogoś innego, w potwornej sztuce, w której tylko Camille zignorowałaby swoją rolę. A jednak wszystko tam było: zdrada, pieniądze, pogarda, premedytacja, a co najgorsze, cicha pewność, którą dzielili troje, myśląc, że nigdy niczego nie zobaczy.
Nie otworzyła drzwi. Nie krzyczała. Nie rzuciła torby w twarz siostrze. Cofnęła się. Przede wszystkim, o krok. Potem kolejny. Jego ciało robiło to, co słuszne, zanim umysł to zrozumiał. Szła korytarzem, mijając pielęgniarkę, która uśmiechnęła się uprzejmie, ojca fotografującego swoją wyczerpaną partnerkę, obcą radość, która miała na tyle dobrego gustu, by na nią nie patrzeć.
Gdy weszła do windy, nacisnęła przycisk z niemal maniakalną precyzją. Drzwi się zamknęły. Jej odbicie w szczotkowanym metalu przywróciło jej twarz spokojnej kobiety, nienagannie ustrojonej, niemal eleganckiej. Nie było nic, co wskazywałoby na to, że właśnie odebrano jej siostrę, męża i matkę w mniej niż 30 sekund.
Kontynuacja na następnej stronie