Słyszałem to. Muzyka ucichła całkowicie. Goście szemrali. Obsługa poruszała się cicho i sprawnie – tak jak ludzie, których nauczono zachowywać spokój w obliczu kosztownych katastrof. Wyobraziłem sobie Connora w smokingu, z potem przesiąkniętym kołnierzykiem. Wyobraziłem sobie Vivian, z nieskazitelnym makijażem i jadem kryjącym się za uśmiechem. Ten obraz był niemal na tyle satysfakcjonujący, że zamówiłem deser.
Wtedy Ethan zniżył głos.
„Mówią, że jeśli w ciągu najbliższych dwudziestu minut nie uda się uregulować należności, zaczną zamykać wszystko – usługi, stacje – a jeśli goście spróbują wyjść bez podpisania formularzy odpowiedzialności osobistej, mogą wezwać lokalnych funkcjonariuszy”.
Mrugnęłam. Więc to nie był tylko wstyd. To było załamanie.
„Ile?” zapytałem.
Zapadła cisza.
„Siedemdziesiąt osiem tysięcy”.
Prawie upuściłem widelec. „Chyba sobie ze mnie żartujesz”.
„To nie wszystko” – pośpieszył się. „To pozostała kwota, opłaty za obsługę, nadwyżka alkoholu i kilka dodatków, które Vivian zatwierdziła dziś po południu”.
„Oczywiście, że tak.”
„Claire—”
„Nie. Daj mi zgadnąć. Nikt nie chciał rozmawiać o prawdziwych liczbach, bo każdy chciał wyglądać na bogatego”.
Cisza. To była wystarczająca odpowiedź.
Wstałem i podszedłem do krawędzi tarasu, patrząc w dół na wąską rzymską uliczkę lśniącą złotem w blasku świateł. Mój gniew stał się zimny, precyzyjny – niemal użyteczny.
„Dajcie Connora.”
Kilka sekund później przyszedł mój szwagier, zdyszany i wściekły.