Jego głos był ostrożny, jak u kogoś stąpającego po cienkim lodzie, ale stanowczy.
Nina Arkadiewna zacisnęła usta.
„W galaretce też nie ma ryby?” – zapytała.
„Nie.
Ale są te bułeczki.
Proszę spróbować, są naprawdę pyszne.
„Miałam przepis… Wysłałam go, prawda?”
„Widziałam przepis, Nino Arkadiewna.”
Zapadła cisza.
Ola spojrzała na matkę.
Katia nie odwróciła wzroku – nie wyzywająco, nie arogancko, ale spokojnie, tak jak patrzą ludzie, którzy już podjęli decyzję i nie zamierzają jej zmieniać.
„Katia, nie mamy złych zamiarów” – powiedziała w końcu Ola.
Jej głos brzmiał pojednawczo, ale była w nim nuta protekcjonalności, która zawsze jest gorsza od bezpośredniej krytyki.
„Po prostu mamy tradycje”.
Dima od dzieciństwa jest przyzwyczajony do pewnych potraw.
A przyjęcie jest przede wszystkim dla niego…
— Ola, — przerwała Katia.
Cicho, bez złości.
— 8 marca to Dzień Kobiet.
To moje święto też.
A to mój dom.
Cieszę się, że przyszłaś, naprawdę się cieszę.
Ale to, co jest na stole, to ja wybrałam.
To moja kuchnia, moje naczynia, moje zasady.
— No cóż… — zaczęła Nina Arkadiewna.
— Mamo — powiedział Dima.
Jedno słowo, ale w taki sposób, że zamilkła.
Znów cisza.
W salonie dzieci się śmiały.
Na zewnątrz przechodziła grupa ludzi z kwiatami.
Nina Arkadiewna wzięła widelec.
Nabiła bułkę.
Ugryzła mały kęs i zaczęła żuć z miną kogoś, kto jest gotowy na niezadowolenie — ale najwyraźniej smak jej na to nie pozwalał.
Żuła, milczała, a potem wzięła kolejny kawałek.
Ola wzięła grzyby.
„Skąd je wzięłaś?” zapytała niechętnie.
„Na targu.
Jest tam stragan.
U Wasilicza."
„U Wasilicza są dobre grzyby” – przyznała Ola niemal niechętnie.
To nie było zwycięstwo w klasycznym tego słowa znaczeniu – nikt nie podniósł ręki, nikt nie przeprosił, nikt nie wygłosił przemówienia, że Katia ma rację.
Nina Arkadiewna jeszcze kilka razy tego wieczoru wracała do tematu chołodeca – „przynajmniej następnym razem chołodec” – i krzywiła się, gdy dzieci prosiły o kolejny kawałek kurczaka.
Ola zagryzała wargi za każdym razem, gdy ktoś chwalił sałatkę.
Ale jedli.
Siedzieli przy stole, który nie był nakryty zgodnie z ich listą, jedli dania, których nie wybrali, a wieczór toczył się swoim rytmem – ożywiony, głośny, z toastami i dziecięcym śmiechem z salonu, i z kurczakiem, z którego zostały tylko kości.
Kiedy wyszli, a Dima zmywał, a Katia sprzątała ze stołu, powiedział:
„Jesteście wspaniali”.
„Właśnie ugotowałem Kolacja."
"Wiesz, o co mi chodzi."
Katia wiedziała.
Ułożyła puste talerze i na chwilę stanęła przy oknie.
Miasto w dole migotało światłami, gdzieś w oddali ludzie spacerowali z bukietami tulipanów, a marzec w końcu zaczynał przypominać marzec – z tym ostrożnym, wciąż niepewnym ciepłem, które wciąż przebija się przez każdy mróz.
"Następnym razem" – powiedziała – "podam królika w sosie śmietanowym".
"Od dawna chciałam wypróbować ten przepis".
"Mama nie będzie zadowolona" – powiedział Dima z kuchni.
"Wiem".
Uśmiechnęła się do swojego odbicia w ciemnym oknie.
Cichy, spokojny uśmiech kogoś, kto w końcu wrócił do domu – do miejsca, gdzie jest gospodarzem, a nie gościem.
"W porządku" – powiedziała.
"Przyzwyczai się".
Jeśli chcesz kontynuować, kliknij przycisk "Dalej" poniżej ⤵