Luty zeszłego roku był dziwny – najpierw odwilż, potem mróz, jakby nawet pogoda nie mogła się zdecydować, co robić.
Katia spojrzała przez okno na woźnego na dole, który kruszył lód z chodnika, i pomyślała, że go rozumie: czasami trzeba po prostu wziąć narzędzie i zacząć kuć coś, co dawno powinno się roztopić.
Telefon leżał na kuchennym stole.
Wiadomość przyszła tego ranka; przeczytała ją w szlafroku, z filiżanką kawy w dłoni, a potem kawa nie miała już żadnego smaku.
Nina Arkadiewna, jej teściowa, przysłała plik.
Dokument miał krótki, rzeczowy tytuł: „Menu na ósmą”.
Katia otworzyła ją i znalazła trzy strony gęsto napisanego tekstu – listę dań ze szczegółowymi opisami, linkami do przepisów, a nawet notatkami w nawiasach: „Dima nie lubi dużo czosnku”, „łyżeczka octu do ciasta – dla lekkości”, „Olivier tylko z kiełbasą Doktorską, z żadną inną”.
Odstawiła kubek.
Usiadła.
Przeczytała jeszcze raz.