Katia ustala własne zasady: 8 marca bez menu teściowej

Dima milczał.

Katia patrzyła, jak coś w sobie rozważa – nawyk interweniowania przeciwko czemuś innemu, co, jak miała nadzieję, również tkwiło w nim samym.

„Mama będzie zła” – powiedział w końcu.

„To możliwe.

„Ola zacznie…”

„Wiem, co Ola zacznie” – przerwała Katia.

Nie bezceremonialnie, ale stanowczo.

„Dima, od trzech lat gotuję według ich list.

Trzy lata.

Ani razu nie podałam tego, co lubię.

Ani razu nie ugotowałam dania, na które miałam ochotę.

8 marca jest Dzień Kobiet.

Widzisz ironię?

Widział.

Było to widoczne na jego twarzy.

Dima westchnął – nie ciężko, nie zbolały, tylko westchnął ktoś, kto podjął decyzję i jest już trochę zmęczony, że w ogóle było to konieczne.

„Dobrze” – powiedział.

„Gotuj, co chcesz”.

„Dziękuję”.

„Tylko nie będę tego mamie tłumaczyć”.

„Zrobię to”, powiedziała Katia.

Spędziła cały dzień przed przyjęciem w kuchni i cały poranek ósmej.

A czas przy kuchence był zupełnie inny – nie nerwowy, nie jak egzamin, gdzie ciągle porównujesz się z czyjąś listą i boisz się popełnić błąd.

Wreszcie to było coś jej własnego.

Katia włączyła swoją ulubioną muzykę.

Uchyliła okno – do mieszkania wpadało zimne marcowe powietrze, pachnące śniegiem i czymś ostrym, niemal wiosennym.

Kiełkowała, mieszała, próbowała, doprawiała – i po raz pierwszy od dawna poczuła, że ​​gotuje nie dla aprobaty, ale po prostu dlatego, że potrafi i to lubi.

Stół był inny, niż napisała Nina Arkadiewna.

Nie było oliwnika z kiełbasą lekarską – zamiast tego była miska ciepłej sałatki z pieczonych warzyw z ziołami i kozim serem, którą Katia uwielbiała.

Nie było galaretki rybnej według rodzinnego przepisu teściowej – zamiast niej były pieczone roladki z czerwonej ryby z serkiem śmietankowym i koperkiem.

Nie było też chołodecu, który Nina Arkadiewna powiedziała, że ​​„powinna umieć zrobić” – ale był za to duży talerz marynowanych grzybów, które Katia kupiła na targu od znanego sprzedawcy, oraz talerz domowej roboty fermentowanych grzybów, które zrobiła jesienią według przepisu swojej mamy.

Na środku stołu położyła pieczonego kurczaka – natartego musztardą, miodem i czosnkiem, z tak piękną skórką, że Dima, gdy w ostatniej chwili zajrzał do kuchni, wydał dźwięk, którego nie sposób było pomylić z niczym innym.

„Sama to wszystko zrobiłaś?” – zapytał.

„Kto inny?” uśmiechnęła się.

„Pachnie niesamowicie.”

„Wiem.”

Nina Arkadiewna i Ola przyszły razem.

Ola przyprowadziła męża i dzieci – dwóch chłopców w wieku siedmiu i dziesięciu lat, którzy natychmiast pobiegli do salonu, żeby obejrzeć telewizję.

Teściowa trzymała pudełko czekoladek zawinięte w papier pakowy i patrzyła na Katię z tą mieszanką czułości i ostrożności, którą Katia nauczyła się czytać perfekcyjnie w ciągu trzech lat.

„No i jak tam?” zapytała Nina Arkadiewna, całując ją w policzek.

„Czy wszystko przygotowałaś na czas?”

„Wszystko gotowe” – powiedziała Katia.

„Wysłałam ci listę…”

„Widziałam ją, dziękuję.”

Weszły do ​​salonu.

Usiadły.

Dima nalał wina.

Katia przyniosła pierwsze dania.

Nina Arkadiewna spojrzała na stół.

A potem znowu.

Potem powoli omiatała wzrokiem wszystko, co na niej było, a Katia obserwowała, jak oczekiwania w oczach teściowej stopniowo znikały.

„A olivier?” zapytała Ola.

„Nie ja to zrobiłam” – odpowiedziała spokojnie Katia.

„Dima lubi oliviera”.

„Dima spróbował tej sałatki” – Katia skinęła głową w stronę talerza z pieczonymi warzywami – „i mu smakowała”.

„A ty, Dim?”

„A ty?” – odparła Dima.

Jeśli chcesz kontynuować, kliknij przycisk „Dalej” poniżej ⤵