I zgodziłam się. Jak tyle razy. Dla spokoju. Dla „rodziny”. Bo tak robiły wszystkie kobiety, które znałam.
Na dworcu kolejowym w Bukareszcie, wczesnym rankiem, zapach ciepłych bajgli i mocnej kawy sprowadził mnie na ziemię. Ludzie spieszyli się, każdy z własnym życiem, ze swoimi problemami. Nikt mnie nie znał. Nikt mnie nie oceniał.
Wyszłam przed dworzec z małą torebką i wizytówką w kieszeni. To wszystko, co miałam. I po raz pierwszy od wielu lat nie czułam strachu. Czułam… powietrze.