I jak zawsze, byłem jedynie częścią tła, detalem, który dopełniał kompozycję. Prawdziwym punktem skupienia, słońcem, wokół którego cały nasz rodzinny Układ Słoneczny był zmuszony krążyć, był Ethan. Roztaczał się na świeżo pomalowanym tarasie, z piwem w ręku, racząc zachwyconą publiczność opowieścią ze swojej ostatniej misji w Zatoce Perskiej. Musiałem przyznać, że to była dobra historia, pełna ryczących silników, napiętych konfrontacji i decyzji podejmowanych w ułamku sekundy. A poza tym, w 80 procentach była to fikcja.
Wiedziałem o tym, ponieważ przeczytałem oficjalny raport z akcji, dokument tak tajny, że jego istnienie było tajne. Wiedziałem, że w rzeczywistości był postacią drugoplanową, kompetentnym oficerem, który wykonywał swoją pracę. Ale tam, na swojej scenie, pod adorującym spojrzeniem naszego ojca, dał sobie główną rolę. Mój tata, z twarzą promieniejącą dumą zastępczą, na którą aż bolało patrzeć, kiwał głową, wtrącając techniczne szczegóły dotyczące specyfikacji F/A-18 czy protokołów grupy lotniskowców, dodając własnej autorytatywnej wagi upiększonej narracji. To była sztuka, nudna, przewidywalna, którą wystawiali przez całe moje życie. Byłem, jak zawsze, niechętnym widzem, zobowiązanym umową krwi do oklaskiwania występu, o którym wiedziałem, że jest oszustwem.