Kolejny rok, w którym samotność towarzyszyła jej jak stary przyjaciel, który nie chciał odejść.
Od czasu tragicznego wypadku na drodze w Valladolid, w którym zginęli jej rodzice, gdy miała zaledwie osiemnaście lat, uroczystości te stały się dla niej bolesnym przypomnieniem wszystkiego, co straciła.
Nie było już uścisków o świcie.
Nie było domowych ciast czekoladowych upieczonych przez matkę.
Nie było już „Las Mañanitas” śpiewanych fałszywie, ale z miłością.
Pozostała tylko niekończąca się praca, granatowy mundur i niewidzialność kobiety, która sprzątała życie innych ludzi.
Z westchnieniem, które zdawało się opróżniać jej płuca, zdjęła fartuch i poszła w kierunku swojego małego pokoju na zapleczu.
Z metalowego pudełka pod łóżkiem wyjął kilka monet i zmiętych banknotów.
To wystarczyło.
Zdjęła mundurek i włożyła prostą oliwkowo-zieloną sukienkę, owinęła ramiona znoszonym szalem, który kiedyś należał do jej matki, i wyszła na ciepłą, wilgotną noc w Cancun.