Słowa unosiły się w pokoju niczym dym.
Jason pochylił się do przodu, opierając łokcie na stole. „Proponujemy ci rozwiązanie, zanim zrobi się nieciekawie” – powiedział. „Podpisz teraz przeniesienie, a my uchronimy je przed sądem. Przed postępowaniem spadkowym. Przed osobami z zewnątrz, którym nie zależy na tej rodzinie”.
Głos Jean był miękki, słodki. „Chcemy cię tylko chronić, Helen”.
Chroń mnie.
Spojrzałem na Ryana. Miał zaciśniętą szczękę. Ramiona miał napięte. Nie patrzył mi w oczy.
Cierpliwość Jasona się skończyła. „Znak, mamo” – syknął cicho i jadowitym głosem. „Albo cię zniszczymy”.
Groźba spadła niczym cegła na polerowane drewno.
Pozwoliłem, by cisza się przeciągnęła. Pozwoliłem, by ta chwila zawisła na tyle długo, by mogli ją poczuć. Na tyle długo, by mogli uwierzyć, że strach mnie sparaliżował.
Potem zrobiłem coś, czego nie robiłem od lat, od czasów służby w Siłach Powietrznych, kiedy młodzi rekruci mylili rangę z władzą, a myśleli, że głośność równa się autorytetowi.
Zacząłem liczyć.
Podniosłem rękę i wskazałem jednym palcem na raz.
„Jeden” – powiedziałem, patrząc prosto na Jasona.
„Dwa”, Courtney.
„Trzy”, Harold.
„Cztery”, Jean.
„Pięć” – odparł Andrew, którego uśmiech zniknął.
Moja ręka zawisła nad Ryanem. Spojrzał w górę, zaskoczony, jakby zapomniał, że jest widoczny.
„Sześć” – dokończyłem.
Jason otworzył usta, gotowy przerwać, ale nie dałem mu przestrzeni.
„Sześcioro z was” – powiedziałem cicho. „Sześcioro ludzi, którzy myślą, że krążycie wokół rannego zwierzęcia”.
Oczy Jasona pociemniały. „Mamo, to nie jest…”
Uśmiechnęłam się. Nie tym uprzejmym uśmiechem obsługi klienta, który nosiłam od lat. Nie tym spiętym uśmiechem sąsiadki. Czymś ostrzejszym. Czymś, co należało do innej wersji mnie.
„Zabawne” – powiedziałem spokojnym głosem. „Bo przyniosłem tylko jedną”.
Skinąłem głową w stronę drzwi.
Dokładnie w tym momencie rozległo się mocne pukanie. Klamka się przekręciła. Wszystkie głowy zwróciły się w stronę wejścia.
Gospodyni odsunęła się i weszła kobieta, jak się spodziewano — bo tak właśnie było.
Miała pięćdziesiąt kilka lat, grafitowy garnitur, okulary w czerwonych oprawkach nisko na nosie, a pod pachą trzymała skórzane portfolio. Jej obcasy stukały o twarde drewno jak znaki interpunkcyjne.
„Przepraszam, że przerywam” – powiedziała, spokojna jak stal. „Natalie Porter. Adwokat Helen Pard”.
Twarz Jasona zbladła tak szybko, że aż się znudziła. Usta Courtney rozchyliły się, a potem zacisnęły w wąską linię. Harold i Jean wyglądali na zdezorientowanych, nagle zdając sobie sprawę, że mogli zostać wciągnięci w coś o wiele brzydszego, niż im powiedziano.
Ryan wyprostował się, a na jego twarzy pojawił się błysk ulgi.