Moje dzieci zabrały mnie na odosobnioną winnicę na "przerwę", ale tak naprawdę chodziło tylko o to, by mnie zostawić. « Mamo, to pięciogwiazdkowy hotel. Zadzwonimy do ciebie, » powiedzieli z uśmiechem. Gdy odjeżdżali śmiejąc się, nie mieli pojęcia, że nad nimi unosi się mały dron – obserwujący każdy ich ruch. Gdy policja zatrzymała ich godzinę później, wyraz czystego strachu na ich twarzach był bezcenny.

Zatoczyłem się do drzwi i z przerażeniem obserwowałem, jak wracają do samochodu. Krzyczałem ich imiona, mój głos był żałosnym, cienkim skowytem w ogromnej, obojętnej ciszy. Samochód nie zwolnił. Wznieciło chmurę żwiru, przesuwając się przez drogę i znikając za martwymi pnączami, zostawiając mnie samego na środku niczego. Sięgnąłem po telefon. Brak zasięgu. Prawda uderzyła mnie z siłą fizycznego ciosu. To nie był odwrót. To był grób. Przywieźli mnie tu, żebym umarł.

Po powrocie do miasta Kevin chodził po swoim małym mieszkaniu. Była godzina 17:00. Powinien był zadzwonić kilka godzin temu. Próbował do niej zadzwonić, ale od razu dostał wiadomość głosową. Zadzwonił do matki.