Zatoczyłem się do drzwi i z przerażeniem obserwowałem, jak wracają do samochodu. Krzyczałem ich imiona, mój głos był żałosnym, cienkim skowytem w ogromnej, obojętnej ciszy. Samochód nie zwolnił. Wznieciło chmurę żwiru, przesuwając się przez drogę i znikając za martwymi pnączami, zostawiając mnie samego na środku niczego. Sięgnąłem po telefon. Brak zasięgu. Prawda uderzyła mnie z siłą fizycznego ciosu. To nie był odwrót. To był grób. Przywieźli mnie tu, żebym umarł.
Po powrocie do miasta Kevin chodził po swoim małym mieszkaniu. Była godzina 17:00. Powinien był zadzwonić kilka godzin temu. Próbował do niej zadzwonić, ale od razu dostał wiadomość głosową. Zadzwonił do matki.