Cisza w jego mahoniowym gabinecie nagle wydała mu się dusząca. Zdjął okulary do czytania w kolorze skorupy żółwia, wyciągnął ściereczkę z mikrofibry z kieszeni na piersi, przetarł szkła powolnymi, przemyślanymi ruchami i założył okulary z powrotem na twarz. Potem nachylił się bliżej błyszczącej strony.
Atrament się nie zmienił. Litery pozostały w swoim dokładnym, niezaprzeczalnym kształcie.
Evelyn E. Davis, licencjat nauk ścisłych, główna badaczka, a następnie dr Sylvia Mitchell z Wydziału Onkologii, State University Research Institute.
Reakcja fizyczna była odruchowa. Jego dłonie zaczęły drżeć. Zaczęło się od delikatnej wibracji w palcach, a szybko przerodziło się w gwałtowne, mimowolne drżenie.
Sięgnął po kieliszek do whisky, potrzebując oparzenia alkoholem, by się uziemić, ale jego palce nie miały koordynacji. Jego kostki otarły się o ciężki kryształowy brzeg. Kieliszek się przewrócił, a bursztynowy płyn rozlał się po polerowanym mahoniowym stoliku, skapując po rzeźbionym drewnie i wsiąkając w jego drogi perski dywan.
Nawet nie drgnął. Nie sięgnął po ręcznik. Po prostu wpatrywał się w kartkę.
Jego umysł desperacko próbował odrzucić wizualną informację. Powtarzał sobie, że to pospolite nazwisko. Powtarzał sobie, że w kraju są tysiące studentów biologii.
Powtarzał sobie, że córka, której wręczył broszurę szkoły kosmetycznej, córka, którą wyrzucił z domu, bo była przeciętnym obciążeniem, nie mogła być architektką rewolucji medycznej.
Drżącą ręką sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął telefon. Ominął ostatnie kontakty i wybrał numer mojej matki. Odebrała po drugim sygnale, w tle słychać było grzeczną paplaninę o jej charytatywnej akcji.
„Thomas” – powiedziała z nutą irytacji w głosie. „Jestem w trakcie licytacji cichej. Coś nie tak?”
„Susan” – wyjąkał.
Jego głos był całkowicie pozbawiony swojego zwykłego donośnego autorytetu. Brzmiał cienko i głucho.
„Przyglądam się nowemu numerowi czasopisma New England Journal of Medicine”.
„Thomas, proszę” – westchnęła. „Wiesz, że teraz nie interesują mnie twoje czasopisma”.
„Susan, posłuchaj mnie” – warknął, a jego głos się załamał. „Nagłówek artykułu, główna śledcza – tak się nazywa. Tak się nazywa, Susan”.
Po drugiej stronie linii zapadła długa cisza. Rozmowy w tle ucichły, gdy moja matka wyszła na cichy korytarz.
„Jak ma na imię?” zapytała. „Evelyn? Thomas, nie bądź śmieszny. Myje włosy w salonie fryzjerskim w centrum miasta. To zbieg okoliczności. Wiesz, ile Evelyn Davisów jest w samym tym stanie? Chyba puszczasz wodze fantazji”.
Nie odpowiedział. Rzucił telefon na kolana, kończąc rozmowę. Potrzebował wizualnego potwierdzenia. Musiał udowodnić sobie, że wszechświat się nie odwrócił.
Otworzył laptopa, położył go na kolanach i uruchomił przeglądarkę internetową. Wpisał w pasku wyszukiwania nazwę Instytutu Badań Onkologicznych Uniwersytetu Stanowego. Palce mu się ślizgały, zmuszając go do dwukrotnego poprawiania literówek.
Przeszedł do katalogu pracowników naukowych i administracyjnych. Kliknął na Katedrę Immunoterapii Komórkowej. Na ekranie pojawiła się siatka profesjonalnych zdjęć portretowych.
Przesunął się obok kierownika wydziału. Przesunął się obok doktora Mitchella. I zatrzymał się.
Zdjęcie załadowało się w wysokiej rozdzielczości. Zostało zrobione trzy miesiące wcześniej na dziedzińcu szpitala. Miałem na sobie elegancki biały fartuch laboratoryjny nałożony na dopasowaną granatową bluzkę.
Moja postawa była idealnie wyprostowana. Broda uniesiona. Patrzyłem prosto w obiektyw aparatu ze spokojnym, pewnym siebie, niczym nieskrępowanym uśmiechem.
Pod zdjęciem widniały dane uwierzytelniające napisane wyraźnymi, szarymi literami.
Evelyn Davis, główna badaczka kliniczna.
Ekran rozbłysnął, odbijając się od bladej twarzy mojego ojca. Iluzja, którą budował całe życie, hierarchia, która umieściła go i Juliana na szczycie ludzkich osiągnięć, runęła w ciągu kilku sekund.
Córka, o której powiedział, że jest za głupia na naukę, patrzyła na niego prosto z góry, …
Wiedziałem, że ludzie tacy jak mój ojciec nie odchodzą od rozbitego szkła. Próbują je posprzątać i twierdzą, że to oni zbudowali okno. Będą mnie szukać.
Siedem dni po tym, jak czasopismo medyczne trafiło do kiosków, Instytut Badawczy Uniwersytetu Stanowego zorganizował doroczne sympozjum kliniczne. Nie było to kameralne spotkanie akademickie ani zwykła impreza studencka. Audytorium było rozległym cudem architektury z hartowanego szkła i akustycznych paneli drewnianych, zaprojektowanym specjalnie z myślą o laureatach Nagrody Nobla i przedstawicielach przemysłu.
Lista gości była ściśle ograniczona i bezlitośnie selekcjonowana. Na piętrowych siedzeniach zasiedli starsi dyrektorzy firm farmaceutycznych, inwestorzy venture capital poszukujący kolejnego lukratywnego przełomu w medycynie oraz najwybitniejsi onkolodzy na Wschodnim Wybrzeżu. W sali panowała cicha, pełna napięcia atmosfera oczekiwania